psychopaci, popkultura i ciastka

GARŚĆ OPINII O AVENGERS: AGE OF ULTRON

"ALIVE IN TUCSON" - O SERIALU THE LAST MAN ON EARTH

DETEKTYW AMSTERDAM VS. FOREVER

"GODZINA NIC" - DOKTOROWE OPOWIADANIE GAIMANA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2015


Kiedy kończy się ukochany serial/książka lub regeneruje ulubiony Doktor robi się trochę smutno. Wiadomo, tego cośmy obejrzeli/przeczytali nikt nam nie zabierze. Jednak... po tysięcznym obejrzeniu wszystkich odcinków lub przewertowaniu wszelkich rozdziałów pojawia się tęsknota. Pragnienie czegoś nowego, czegoś co rozbudzi dawno uśpione emocje i przypomni ekscytację, która towarzyszyła przed każdym nowym odcinkiem/akapitem. Myślę, że to właśnie z naszej tęsknoty zrodziły się fanfiki.  

A fanfikowe crossovery? Z czego one się wzięły? Może z tęsknoty za więcej niż jednym uniwersum? Ze skrywanej w sercu nostalgii? A może z fantazji i naszych niespełnionych marzeń? Wszak wszyscy czasem czujemy, że postacie z różnych opowieści i światów miałyby ze sobą niezłą chemię i fajnie byłoby je zobaczyć w duecie.

Dziś mam dla Was listę moich ulubionych fandomowych połączeń dotyczących Doktora Who. Znajdziecie wśród nich zarówno crossovery popularne i "chciane przez wszystkich", ale i takie, których nikt by się nie spodziewał lub uznałby je za dziwactwo. Starałam się opracować listę opowiadań ciekawych, dobrze napisanych i oryginalnych i podzielić się z Wami całkiem nowym światem wyobraźni. Kto wie, może to Was zainspiruje do napisania czegoś własnego?


Miejsce 10. Musical sherlockowo-doktorowy


Fanfiction wholockowe - na najróżniejszych stronach, blogach i forach możemy  przeczytać ich krocie. Wśród setek historii znajdziemy wiele prawdziwie angażujących i cudownych opowiadań. Niestety w poszukiwaniach wholocka natrafić można także na fanfiki tragiczne i uwłaczające naszym ukochanym postaciom. Na pierwszy rzut niewprawnego oka taki wydaje się   A Very Wholock Musical. No bo Sherlock BBC + Doktor Who... i do tego musicalowo? I jeszcze nazwa  ewidentnie inspirowna A Very Potter Musical... To mogłoby zapowiadać coś zaiste okropnego, gdyby nie pseudonim autorki - genialnej w moim odczuciu i w prawionej w pisaniu fanficów Psiej Gwiazdy.


Jak sama autorka tłumaczy pomysł na "piosenki" sherlockowo-doktorowe był efektem głupawek, fejsbukowych rozmów i licznych próśb od czytelników i przyjaciół. W fanfiku znalazło się też wiele odniesień do wcześniejszej (i pisanej bardziej na serio) twórczości fanowskiej Gwiazdy.





 Oczywiście "nie jest to epickie dzieło trzynastozgłoskowcem", ale daje dużo zabawy, szczególnie, że piosenki napisane są pod konkretne melodie disney’owskie, które znamy i kochamy (i możemy śpiewać pod prysznicem). Ja ciągle liczę, że Gwiazda jeszcze do nich wróci i pociągnie ten zabawny temat dalej. 


Miejsce 9¾ .  Harry Potter i niebieska budka podróżnika w czasie


No dobra, nie tyle Harry, co Hermiona, no bo - hej! - kto nie chciałby zobaczyć Hermiony jako kompanki Doktora? Dziewczyna liznęła już trochę podróży w czasie, zresztą jej usposobienie, kogoś kto wie wszystko najlepiej i natura osoby mocno stąpającej po ziemi mogłyby być niezłym wyzwaniem dla Doktora. Na przeciw marzeniom miłośników HP i DW wyszła Doella z opowiadaniem Szkocki Bohater. Czyż sam tytuł nie jest już zachęcający? 





Fabuła jest dość prosta. Po odejściu Marthy Dziesiąty Doktor spotyka Hermionę i razem próbują rozwiązać zagadkę epidemii opanowującej Hogsmade. I choć nie (do końca) jestem fanką narracji Doelli w tym tekście, to cieszę się, że sam temat został podjęty. To krok naprzód w kierunku kolejnych opowiadań tego typu.


Miejsce 9. Doktor i doktor ... House


Napisana przez Nadię Metafora to właściwie bardziej scenka niż konkretne opowiadanie i choć brakuje tu szerszej fabuły, a postacie mogłyby być bardziej dopracowane to i tak miło się to czyta i warto do tego zajrzeć. Nie polecałabym tego tekstu w sumie jakoś szczególnie osobom, które w Housie nie gustują. Niefani raczj go nie docenią. 










Lekko żałuję, że opowiadanie nie rozwija wątku współpracy miedzy "doktorami", ale w sumie nie jestem też pewna, czy taki motyw dałoby się sensownie ugryźć. Chociaż w fanfiction wszystko jest możliwe. Zabawy z konwencjami to cała idea tego typu opowiadań. Kto wie, może Doktor mógłby być nawet pacjentem doktora? Lub na odwrót :)


Miejsce 8. Doktor w Świecie Dysku


Z autorką Śniegu, Ginny358 znam się nie od dziś i mimo iż nie zawsze do końca łapię jej koncepty, to  nie mogę odmówić jej kunsztu pisarskiego i niezwykle rozległej wiedzy na temat Świata Dysku. To opowiadanie lubię i żałuję, że jest tak krótkie. Umówmy się, kiedy pisze się coś dobrego i robi ludziom smaka, to dość nieładnie jest kończyć zbyt szybko. Ale hej, to chyba jedyny crossover Doktora ze Światem Dysku jaki znam i jeżeli jesteście miłosnikami obu uniwersów to powinniscie się wstydzić i nadrabiać czym prędzej.




Opowiadanie świetnie dawkuje tajemniczość, Rincewinda i Dziesiątego Doktora. Ładnie operuje onirycznością i sprawia, że człowiek ma jakąś nutkę niedosytu w sobie. Polecam sercecznie, a jeśli styl Ginny Wam odpowiada, to szukajcie jej tekstów nie tylko na Forum Literackim Mirriel, ale i na jej blogu pantygryskowym.

Miejsce 7. Na pokładzie Serenity

Uwielbiam serial Firefly, a połaczenie go z moim ukochanym Doktorem Who to już niemal nadmiar dobrobytu. Kiedy znalazłam łączący je fanfik poczułam się tak, jakby w lecie nadeszła Gwiazdka. Najlepszy mechanik we wszechświecie autorstwa esomni to urocze opowiadanie w duchu obu seriali. Krótka, zwięzła, ale pełna smaczków opowiastka, która totalnie mnie rozczuliła.





Kiedy ktoś reklamuje mi opowiadanie słowami: "w swoich podróżach przez czas i przestrzeń TARDIS czasami nawala. Wtedy Doktor dzwoni do najlepszego mechanika we wszechświecie", to się nie waham, tylko czytam. Jedenasty Doktor i Kaylee świetnie się dogadują i aż żal bierze, że ta bohaterka nigdy nie będzie jego towarzyszką na małym ekranie. Poza tym dostajemy też szczyptę pozostałej załogi Serenity. Szkoda tylko, że nie jest to przedsmak czegoś dłuższego i bardziej angażujacego.



Miejsce 6. Sailor Gallifrey make-up!


"Wszyscy wiedzą, że Japonia spłonęła i tylko Martha Jones wyszła stamtąd żywa. Nikt nie wie, jak to się stało - i kogo tam spotkała". To znaczy... Wy możecie wiedzieć, jeśli siegniecie po Kazał nam patrzeć autorstwa manarai. Mogłoby się wydawać, że łącząc Czarodziejkę z Księżyca z Doktorem Who, autor bedzie brnął w parodie, ale o dziwo to opowiadanie jest zupełnie na poważnie. Pełno w nim rozważań o umieraniu i strachu i wiecie co - ta  konwencja  się sprawdza.





Kazał nam patrzeć to opowiadanie mądre i dobrze zrobione. Czasem tylko brakuje dopracowania wątku czarodziejek lub czytelnik odczuwa lekki niedosyt, ale już za sam tak oryginalny pomysł należą się duże brawa i uznanie.

Ponadto bardzo odpowiada mi Martha stworzona przez manarai. Jest wiarygodna, czuć jej rozterki i strach. Nie jest to postać płaska, bezbarwna lub nieradząca sobie. Zresztą opowiadanie wprowadza szereg silnych i dobrze napisanych postaci kobiecych.











Miejsce 5. Doktor + Supernatural w duchu ... Mickiewicza?


To lubię to nie tylko tytuł ballady Adama Mickiewicza, ale i całkiem specyficznego opowiadania autorstwa die Otter. Jeśli chcecie się zagłębić w opowieść o tym jak bracia Winchester wpadają na trop tajemniczego podróżnika w czasie, z którym znajomość owocuje wycieczką  na dziewiętnastowieczną Litwę oraz wraz z Dziewiatym, Rose i Jack Harknessem oraz grupą miejscowych muszą zapolować na pewnego naprzykrzajacego sie ducha, to nie zastanawiajcie się długo - klikajcie w odnośnik. W końcu nie często ma się możliwość przeczytać historię, w której Adam Mickiewicz we własnej osobie, Kapitan Jack i Dean Winchester stoją ramię w ramię. Zaręczam, że to opowiadanie jest lepsze niż lektury szkolne.




Miejsce 4. Torchwood, Doktor i Czterej Pancerni.... i pies.


To jeden z crossoverów, którego pewnie nie spodziewałaby się nawet hiszpańska inkwizycja, a do tego jak napisany! Lekko, ze swietnymi, barwnymi dialogami, które zostają w głowie na długo i bawią do łez. Moim skromnym zdaniem autorka tekstu - Skye przeszła tu samą siebie. Po czołgowemu to fanfik tak oryginalny, charakterystyczny i rozśmieszajacy, że zwyczajnie trzeba mieć jaja i go przeczytać. 




Po przeczytaniu tego tekstu nie będziecie już tacy sami. A jeśli Wam się spodoba, to zawsze możecie zajrzeć do pozostałych (choć nieco krótszych) części cyklu Lufą Do Przodu - Szarik, jak na czołgistę przystało, strzelał celnie oraz Czwarty do brydża.

Miejsce 3. Doktor bohaterem Marvela?


Za ten tekst odpowiedzialna jest Carmen, która tak świetnie wprowadziła Clarę i Doktora do marvelovego świata, że należą jej się pokłony. Bohaterowie to opowiadanie angażujące i ciekawe. Pomysł wrzucenia stroniącego od przemocy Doktora w sam środek II Wojny Światowej i zapoznanie go z Kapitanem Ameryką oraz Buckym Burnsem uważam za genialny. 





O dziwo w tym opowiadaniu nawet polubiłam Clarę. Choć może to za dużo powiedziane. Potrafiłam ją zrozumieć. Dzieki dobrze poprowadzonej narracji znałam motywacje dziewczyny i umiałam zrozumieć jej zachowania. Jednocześnie nadal była to Clara, nie jakiś wygładzony słodki potworek, którego łatwo byłoby z niej zrobić i który popsułby całe opowiadanie.

Jeśli mam być szczera, to nawet trochę się  wzruszyłam, czytając to fanfiction i dlatego na tej liście umieściłam je naprawdę wysoko. Tym razem jednak nie mam dla was żadnego cytatu, nie dlatego, że perełek w tym tekście nie było. Były! Właściwie cały tekst był jedną wielką perełką. Nie umiałam wybrać. A jeśli już coś podobało mi się nadzwyczajnie to było wielkim spoilerem. Musicie sami zerknąć do tego tekstu, nie macie wyboru.


Miejsce 2. W Dolinie Muminków

W dzieciństwie uwielbiałam Muminki. Kreatywność tej bajki, jej urok i baśniowość połączone z grozą i humorem kupiły mnie już w młodym wieku. Nawet teraz lubię do tego wracać, bo nie jestem w stanie znaleźć czegoś konkurencyjnego dla tego serialu animowanego. Przeczytanie Piosenki, opowiadania napisanego przez Arianrod dało mi wiele radości i... czegoś na kształt otuchy. Bo jest to cudownie pachnący dzieciństwem, baśniowy i lekko metaforyczny tekst, który czyta się z wielką przyjemnością i o dziwo wynosi się z niego coś więcej niż tylko chwilową rozrywkę.





Fanfik w roli głównej stawia uwielbianego przeze mnie Włóczykija i wplątuje go w dialog z Doktorem, podobnym mu tułaczem i wiecznym chłopcem. Lepszego połączenia bohaterów nie jestem w stanie sobie wyobrazić, bo obaj dosłownie rozumieją się w pół zdania.



Opowiadanie ma w sobie też coś z narracji książek o Muminkach, dlatego czyta się je lekko i bez zgrzytów. Piosenka nie traci przy tym "tego czegoś", co jest typowe dla przygód Doktora, nadal jest historią fascynującą i pobudzającą wyobraźnię.

Miejsce 1. Za drzwiami magicznej szafy

Opowieści z Narni i Doktor bardzo do siebie pasują, tak bardzo, że nawet jeden z odcinków świątecznych z Jedenastym Doktorem ładnie do nich nawiązywał. Uprzedzę pomruki niechęci, Srebrne Drzewo jest lepsze niż Doktor, Wdowa i Stara Szafa. Jest jakieś takie mniej sztuczne, poprostu prawdziwsze. 




Łucja Mężna i Doktor są duetem, który świetnie do siebie pasuje, a cała historyczna i narniowa otoczka ich wspólnej przygody dopełnia ich budujacą się relację i sprawia, że opowieść czyta się jednym tchem. 




Dodatkowo fanfik ten nie jest ani za długi ani za krótki. Jest idealny, a przy tym kreatywny i cudownie nawiązujący do Opowieści z Narni. Niemal słyszy się w tle ryk Aslana i czeka, aż Doktor głębiej wejdzie w ten świat.


BONUS - Dexter Kto?/ Demony Dobrego Doktora

Na koniec opowiadanie, którego nie mogłam i nie umiałam zakwalifikować na tej liście, ponieważ jest moje. Napisałam je już dość dawno na jedną z akcji literackich na Forum Miriel. Nie uważam, że jest rewelacyjne, ale z pewnością jest unikatowe. Takiego połączenia fandomów nie widziałam nigdzie indziej, wiec jeśli szukacie  Dextera i Jedenastego Doktora w duecie, już wiecie gdzie ich znajdziecie.



Jeśli coś z poleconych przypadło Ci do gustu, to daj znać w komentarzu lub na moim fanpage'u facebookowym. Jeśli znasz inne ciekawe doktorowe crossovery, to też się nie wahaj! A może sam coś podobnego napisałeś i chciałbyś sie pochwalić? 

A już w przygotowaniu kolejna notka o tym jakie crossovery DW chiałabym przeczytać!

wtorek, 19 maja 2015



Świat obiegła informacja, że Moffat nigdzie się nie wybiera i prawdopodobnie podpisał już kontrakt na produkcję scenariusza do 10 serii Doktora Who (planowanej na 2016 rok). Na reakcje fanów "szaleńca w niebieskiej budce"  nie trzeba było długo czekać. W sieci pojawiły się pytania - czy serialowi wyjdzie to na dobre? Czy aby Moffat się już nie skończył? Czy nie lepiej poszukać świeżej krwi? I czy obecny showrunner w ogóle ma jeszcze jakieś pomysły? Postanowiłam trochę pogrzebać patykiem w mrowisku tych pytań i podzielić się z Wami moją opinią co do kolejnej serii DW z największym trollem BBC.


Zacznijmy od tego, że rzeczony wywiad, który ma potwierdzać udział Stevena Moffata w produkcji serii 10 możecie przeczytać tutaj, czyli na Gallifrey.pl. Tam też ukazał się news, dzięki któremu wiem o całym zamieszaniu i tam Was odsyłam, jeśli o całej sprawie jeszcze nic nie słyszeliście.

A jeżeli podobnie jak ja śledzicie nowinki whoviańskiego świata i wiadomość o 10 serii przemknęła Wam przed oczami, to pewnie macie już wyrobione zdanie na ten temat. Nie znam chyba nikogo, kto obok Moffata przechodziłby obojętnie, więc spodziewam się, że Wasze reakcje są równie emocjonalnie, co moja. Być może też zadajecie sobie w duchu pytanie:

Czy nadal kocham Moffata?


Moffat od początku swojej showrunnerskiej kariery jest postacią kontrowersyjną i wielu widzom ery RTD jego styl pisania nie przypadł do gustu, ja jednak od razu pokochałam jego zawiłe fabuły, nagłe zwroty akcji i paradoksalne pomysły. Mówcie co chcecie, ale jego koncepty sprawdzały się świetnie w seriach z Jedenastym Doktorem, były jak powiew świeżości, nadały serialowi nowy kierunek i sprawiły, że szybko stał się bardziej rozpoznawalny w świecie.

Niestety seria 8 diametralnie zmieniła moje zdanie o panie Moffacie. Była nierówna i przypominała miotanie się między tym co stare, a próbą pójścia naprzód i robienia czegoś nowego. Scenariusze dla Dwunastego były jak odgrzewany kotlet z poprzedniego obiadu, tyle, że z trochę innym przybraniem, żeby nas nabrać, że jednak oglądamy coś nowego.



Na pewno zauważyliście powtarzające się motywy. Podobieństwo odcinka Into the Dalek zarówno do epizodu Dalek jak i Journey to the Center of the TARDIS, oparcie potworów z Time Heist i Deep Breath o podobny pomysł do tego, co widzieliśmy już w Blink. Nawet mumia w Orient Ekspresie wspominana była już przez Jedenastego. Dodatkowo fabuły miały niemal ten sam schemat, co zawsze. Dostaliśmy też sporo umierania i powracania do życia (ulubiona zagrywka Moffa, którą lubię nazywać syndromem Rory'ego). Sam Dwunasty zbyt często mówił sentencjami, a nawet przejmował odrobinę zachowań Jedenastego lub niemal powtarzał jego kwestie (najbardziej wyraziste jest to chyba w Time Heist).

To kieruje mnie do kolejnego pytania:

Czy Moffat ma nam jeszcze  coś oryginalnego do pokazania? 


A może zamierza na ogranych motywach pociągnąć jeszcze dwie najbliższe serie? Niestety jak na razie się tego nie dowiemy. Musimy poczekać co najmniej do premiery kolejnego sezonu. Możemy jednak przypuszczać, że dobry odbiór DW w Stanach i pozytywne opinie tamtejszych krytyków (którzy zdaje się widzieli tylko jedną serię...) nie skłonią go do wielkich przemyśleń. Pozostaje mieć nadzieję, że sam skoczy po rozum do głowy i obierze inną ścieżkę niż dotychczas, bo jak na razie jest na dobrej drodze do znudzenia większości stałych oglądaczy Doktora.



Serialowi przydałoby się nowe, świeże podejście. Dwunasty Doktor kształtował się w mojej opinii dość opornie, a Clara ciągle pozostaje postacią o nieokreślonym charakterze, prowadzoną niekonsekwentnie. Dosyć mam już tez oglądania powrotów zmarłych postaci. Moff nauczył nas, że nikt nie ginie naprawdę, a nawet jeśli, to kolejne odcinki i tak będą nam o nim przypominać. Danny umarł, ale przewijał się przez odcinek świąteczny i obawiam się, że scenarzyści będą szukać jakiej szerokiej furtki powrotnej dla niego. Wiemy też o prawdopodobnym powrocie Osgood i Missy. Trochę dużo tych wskrzeszeń jak na jeden sezon. 

A zatem:

Czy Moff powinien odejść?

Tu nie podam Wam konkretniej odpowiedzi. Mam do niego obecnie dość ambiwalentny stosunek. Facet ma łeb na karku i jeśli odpowiednio go używa, to potrafi stworzyć rzeczy wybitne. Niestety w temacie Doktora chyba się już trochę zmęczył i brakuje mu inspiracji. Błądzi po omacku i próbuje starych dobrych sztuczek. Niestety scenarzysta, trochę jak cyrkowiec, nie może ciągle pokazywać tego samego. 

(Oto co obiekt dyskusji odpowiada na powyższe pytanie :P)

Więc co? Może jednak zastąpić Moffa kimś innym? Mhm... Niestety nie widzę w tej chwili żadnych poważnych kandydatów na przejęcie jego stanowiska. Oczywiście chętnie widziałabym Gaimana jako głównego showrunnera (jak większość Whovian), ale to raczej nie nastąpi. Oczywiście jacyś chętni by się pewnie znaleźli, tylko jacy? Tak czy siak, ja jestem na nich gotowa i nie będę się wzdrygać na zmiany. W końcu to one są motorem napędowym DW i to one sprawiają, że tak ten serial kochamy. 

Wiem, że wielu widzów wyznaje zasadę "lepszy znany wróg, na własnej piersi wyhodowany, niż nowy, nieprzewidywalny i nieznany", ale wiecie co - to straszna bzdura. Showrunner nie powinien być przecież wrogiem widza. Powinien iść z nim ramię w ramię, a przynajmniej starać się sprawiać takie wrażenie. Zawsze lepszy jest nawet nie do końca udany krok do przodu, niż kolejnych kilka do tyłu.


A Wy co myslicie? Czy seria 9 będzie tak przewidywalnie moffatowa jak wszyscy mówią? Czy może jednak nadal pokładacie nadzieje w kreatywności obecnego showrunnera?

poniedziałek, 18 maja 2015


Dwa seriale, nieśmiertelny bohater, zagadki kryminalne, współczesność wielkiego miasta z historią w tle i ten sam smutny koniec - zaprzestanie kontynuowania po pierwszym sezonie. Dlaczego Detektyw Amsterdam (tytuł oryginalny: New Amsterdam) i Forever skończyły marnie? Czy to przez swoje podobieństwa do Amsterdama Forever podzielił jego smutny los? Przyjrzymy się dziś im obu i spróbujemy odpowiedzieć nie tylko na powyższe pytania, ale przede wszystkim na to najistotniejsze - który z seriali jest lepszy?

To jak? Zawodnicy gotowi? Widownia szaleje? W takim razie miecze w dłoń i do boju! I nie musicie się martwić, jeśli któregoś z seriali jeszcze nie widzieliście - tekst pozbawiony jest kluczowych dla akcji spoilerów. Staram się nikomu nie popsuć zabawy. 

(Tak, wiem, że to nie ten serial, po prostu nie mogłam się powstrzymać ^^)

Runda I: Fabuła


Mamy do czynienia z dwoma serialami proceduralnymi o temacie kryminalnym, o czym, mam wrażenie, w kontekście romantycznego Amsterdama często się zapomina. Oba seriale skupiają się na tragizmie nieśmiertelności i "poszukiwaniu" śmierci przez głównego bohatera. Forever jednak znacznie bardziej rozbudowuje kryminalny aspekt opowieści, podczas gdy Detektyw Amsterdam to raczej historia miłosna, podejmująca przy okazji również tematy społeczne i historyczne. Oba podejścia do fabuły są słuszne, pytanie - który serial opowiada nam swoją historię ciekawiej, spójniej i lepiej?


Na fabułę Detektywa Amsterdama, wyprodukowanego w 2008 roku przez Fox, składa się zaledwie osiem odcinków, za to stworzone przez ABC Forever to opowieść złożona aż z dwudziestu dwóch epizodów. Teoretycznie więc historia opowiadana przez scenarzystów Amsterdama powinna oglądać się lepiej i szybciej, bez zbędnych dłużyzn. W końcu fabuła nie miała zbyt dużo czasu, by się rozwlec, prawda? O dziwo, tak nie do końca jest i w pewnym momencie zwalniające tempo serialu zaczyna naprawdę męczyć. Po dobrych wstępnych odcinkach fabuła Amsterdama ślimaczy się i wałkuje ciągle ten sam temat. Serial przestaje zaskakiwać, co w zrozumiały sposób powoduje zniechęcenie u widza.

Inaczej jest w przypadku Forever, gdzie historia rozwija się w prawdzie wolniej (mamy większą ilość odcinków fillerów), ale gdy już dochodzi do punktów kulminacyjnych bardzo dobrze trzyma napięcie. Amsterdam niestety skupia się zbyt mocno na wątku romansowym, przez co cierpią inne aspekty historii. Dobrą stroną scenariusza Forever jest to, że próbuje on rozwijać warstwę kryminalno-zagadkową, ale nie kosztem reszty fabuły. Wciąż dostajemy bardzo ładnie prowadzony wątek relacji ojciec-syn, a postacie znane nam wyłącznie z komisariatu nabierają kolorów.

Dobrym ruchem scenarzystów Forever było pociągniecie tematu igrania ze śmiercią i  analizowania jej. Zagadka nieśmiertelności nie jest od początku wyjaśniona i to daje pole do wprowadzenia nowego wątku, który Amsterdamowi był raczej obcy. Dużym plusem Forever jest też postawienie głównego bohatera naprzeciw antagonisty, kryjącego się za tajemniczymi telefonami. Bardzo ładnie nadaje to ton serii i sprawia, że widz z niecierpliwością wyczekuje rozwiązania tego wątku. 


Wygląda na to, że mamy nokaut? A no nie... Opadające napięcie w Amsterdamie, nie zmienia faktu, że - jeśli chodzi o  klimat i prowadzenie fabuły - serial ten jest w moich oczach produkcją dużo bardziej ujmującą i znacznie konsekwentniejszą w tonie niż Forever. Serial Detektyw Amsterdam od początku wie czym jest i prowadzi nas przez losy bohatera, nie zbaczając ze swoich założeń. To, że ton obrany przez scenarzystów prowadzi w znacznej mierze do opadu emocji i lekkiego znużenia to prawda, ale zachowana jest przynajmniej konsekwencja i oryginalność historii. Oczywiście smuci mnie zbyt szybkie rozwiązanie wątku miłosnego Johna z panią doktor. Daje to jednak pierwszej (i jedynej) serii Amsterdama pewnego rodzaju klamrę zamykającą i w ostatecznym rozrachunku nie jest najgorszym wyjściem. 

Forever  bywa za to miejscami nieco za bardzo poszatkowany, jakby twórcy sami jeszcze nie do końca wiedzieli co chcą stworzyć. Mamy skupienie na akcji kryminalnej, ale i elementy społeczne i historyczne, które nie zawsze pasują do tonu opowieści. Czasem fabuła pędzi na złamanie karku, a czasem zwalnia i wręcz się ślamazarzy. Serial czerpie też ze zbyt wielu źródeł i nie jest aż tak oryginalny na tle obecnych produkcji telewizyjnych. Za bardzo upodabnia się w konwencji do dziesiątek innych proceduralni, jakie mamy teraz na rynku i to jest jego główna wada, bo w przeciwieństwie do Amsterdama fabularnie nie pokazuje nic nowego.


Muszę przyznać, że choć Detektyw Amsterdam  to produkcja dużo starsza niż Forever, to dużo mądrzej skupiająca się od początku do końca na swoim własnym pomyśle i konsekwentnie buduje klimat. W Forever tego najbardziej mi brakuje, czasem jak go oglądam mam jakby przebłyski innych seriali począwszy od Elementary, poprzez Mentalistę, aż do Bones (i samego Detektywa Amsterdama oczywiście).

Trudno mi więc wybrać jednogłośnego zwycięzcę pierwszej rundy, bo jak by na to nie patrzeć - Forever uczy się na błędach Amsterdama wprowadzając między innymi ciekawego antagonistę, czy nie skupiając się za nadto na historycznych i społecznych akcentach, które zwalniają akcję. Z drugiej strony nie wyróżnia się zupełnie na tle całej masy innych seriali, a wręcz je kopiuje.

Myślę, że tym razem mamy remis...



Runda II: Główny bohater i klątwa nieśmiertelności

John Amsterdam, grany przez Nikolaja Costera-Waldau, to bardzo przyjemny bohater. Uczuciowy i emocjonalny, ale za razem nieustępliwy i skłonny do ryzyka. Do tego nie bez wad - jest "kochliwy" i jest byłym alkoholikiem.Poznajemy go podczas codziennego dnia pracy dla wydziału zabójstw (gdzie nie wyróżnia się jakoś strasznie na tle innych detektywów) i szybko poznajemy jego wielką tajemnicę związaną z nieśmiertelnością. Sekretem stanu w jakim John się znalazł jest zaklęcie wypowiedziane, przez uratowaną przez niego Indiankę, które sprawiło, że nie może się zestarzeć ani umrzeć zanim nie znajdzie bratniej duszy. Brzmi romantycznie prawda? Długowieczność oczywiście okazuje się niezłym przekleństwem, a John próbuje sobie z nią radzić jak może, szukając swojej drugiej połówki na zmianę z wątpieniem, że kiedykolwiek ją znajdzie i rozpaczaniem po utracie kolejnych bliskich, których miał okazje przeżyć.



Scenarzyści Detektywa Amsterdama bardzo dobrze poradzili sobie z nakreśleniem głównej postaci, której zachowanie jest w pełni logiczne i wzbudzające sympatię. Do tego John nie jest ani trochę nadęty i nie pozuje na osobę ciekawszą i mądrzejszą niż każdy inny mieszkaniec Nowego Jorku. Całkiem nieźle stara się wtapiać w tło, co nie znaczy, że nie korzysta ze swej inteligencji i wieloletniego doświadczenia.

Doktor Henry Morgan, to zupełnie inna sprawa... Nakreślony przez scenarzystów Forever bohater zdaje się wręcz emanować innością - począwszy od akcentu, postawy, czy chodu, a skończywszy na przesiadywaniu wśród starych przedmiotów i manifestowaniu swojego innego podejścia do życia. Taki ktoś od razu zwróciłby uwagę na ulicy i nie zrozumcie mnie źle, nie krytykuję wcale tej mieszanki szalonego naukowca i Sherlocka Holmesa jaką go uczyniono, a raczej te napompowaną i sztuczną postawę jaką ma w wielu sytuacjach. To po prostu wygląda karykaturalnie i śmiesznie. Tak jakby urwał się z wcześniejszego wieku, a nie przez lata żył w rozwijającej się społeczności, która powinna go całkowicie wchłonąć i zasymilować. Nie jest w końcu postacią, która przeniosła się w czasie, nie żył też w totalnym osamotnieniu. Przez wszystkie lata powinien był się nauczyć obcego akcentu i nie wyróżniania w tłumie, szczególnie, że wcale nie chce by jego sekret wyszedł na jaw. Koleś strasznie przypomina mi Ichaboda Crane'a z serialu Sleepy Hollow i nie mówię tego w pozytywnym sensie.

Druga sprawa jaka wydaje mi się totalnie bez sensu w kreacji Henry'ego to klątwa. W Amsterdamie bohater po prostu wracał do życia/zdrowia i co najwyżej mógł się obudzić w kostnicy. W Forever mamy tę dziwną sytuację, że jego ciało po prostu znika i odradza się w najbliższym zbiorniku wodnym...



Nie do końca rozumiem pomysł jaki stoi za nieśmiertelnością Morgana i o ile w Detektywie Amsterdamie nieśmiertelność zupełnie nie gryzła mi się z realizmem świata, to w przypadku Forever po prostu mam czasem ochotę spytać: WTF?! i podrapać się po głowie. Bo niby jak uderzenie pioruna i wyrzucenie za burtę daje magiczne moce? Na czym to polega? Czy to już tak na zawsze? Czy kluczem jest woda, czy piorun? Nie wiem jak wy, ale ja czuję się trochę tak, jakbym oglądała ekranizację komiksu.


Scenarzyści po prostu poszli po najmniejszej linii oporu i zerżnęli najbardziej oklepany motyw zdobycia "magicznych mocy", zapewne licząc, że nikt nie będzie zadawał pytań. I o ile to, że sam Henry mało wie o klątwie i jej nie rozumie, pomysłem jest bardzo sensownym, to już sam przebieg wszystkiego był bardzo... lamerski.

Ostatecznie dużo szybciej i łatwiej przywiązałam się do Johna niż Henry'ego. Bo ten pierwszy wydawał mi się znacznie bardziej ludzki, mniej idealny i mniej wydumany. Punkt wędruje więc do Detektywa Amsterdama!



Runda III. Inne postacie 


Tu się streszczę, bo nie chcę wam zbytnio przybliżać fabuł obu serii. Postacie kobiece są raczej nudne zarówno w Forever, jak i Amsterdamie. Pani Doktor Sara Dillane (z Amsterdama) to najnudniejsza i najgorzej zagrana bohaterka, jaką można sobie wyobrazić. Nijaka aż do bólu zębów i zupełnie nieobchodząca widza. Do tego zadziwiająco marysuistyczna i drażniąca.  Nieco lepiej jest w przypadku detektyw Evy Marquez (z tego samego serialu), która mimo, że równie wyblakła aktorsko ma przynajmniej jakieś zalążki charakteru i choć czasami zdaje się, że istnieje tylko po to by dogryzać głównemu bohaterowi, to i tak ogląda się ją nie najgorzej. 

Podobnie można by powiedzieć o Detektyw Jo Martinez z Forever, która , czasem wykazuje się zadziornością i dzięki bogu nie istnieje tylko po to, by być drugą połówką głównego bohatera (powiedzmy). Ma też jakąś siłę sprawczą dla fabuły i oglądanie jej na długą metę nie jest aż tak bolesne. Trochę się też w serialu rozwija, co przyjęłam bardzo na plus.


Innymi postaciami, które łatwo będzie porównać są oczywiście Abe i Omar, którzy wydają się do siebie bardzo podobni. Nie będę tu analizować historii ich matek. Nie wiem czy jest  sens zagłębiać się też w analizę charakterów obu panów, bo obaj są wybitnym przykładem postaci wspierających, które mają wzbudzać sympatię, wydawać się życiowe i trzymać głównego bohatera w ryzach (i przy zdrowych zmysłach). Podzielę się jedynie moimi odczuciami co do zaprezentowania nam obu panów w serialu. W sumie o Omarze i Abie dowiadujemy się najwięcej z retrospekcji. W Detektywie Amsterdamie są one jednak znacznie lepiej poprowadzone, mniej pocięte i bardziej niespodziewane. To kim tak naprawdę jest dla Johna Omar nie jest rzucane nam przed oczy niedelikatnie i na odwal się, bo trzeba wprowadzić kolejnego bohatera, co zdarza się w przypadku Abe'a w Forever. 

Może jestem niesprawiedliwa, a może pokazanie tego wątku w Forever zwyczajnie straciło dla mnie na efektywności, bo... em... gdzieś już to widziałam? Omar wydaje mi się jednocześnie dużo bardziej barwną i pomocną postacią niż Abe, który miejscami istnieje tylko po to, by być miłym gościem przypominającym Henry'emu, że ma się taki wiek na jaki się czuje, a nie wygląda.  



W Forever pojawia się jednak postać, która swojego odpowiednika w Amsterdamie nie ma i jest to człowiek kryjący się za tajemniczymi telefonami (i przesyłkami). Osobiście uwielbiam ten koncept! Jest cudownie wymyślony i dodaje dużo smaczku do serialu. Sprawia, że przed bohaterem pojawiają się nowe dylematy. Głównie dzięki niemu punkty za postacie poboczne dostaje Forever.


Runda IV. Zagadki kryminalne


To będzie trudny wybór. O ile zagadki kryminalne w Detektywie Amsterdamie zestarzały się już dość znacznie, ale w 2008 stały na bardzo wysokim poziomie, to Forever prezentuje zrzyny z wielu innych proceduralni jakie już widzieliśmy. Na dodatek główny bohater ze swoją sherlockowatością rozwiązuje wszelkie problemy z niebywałą łatwością i nawet nie daje widzowi chwili na zastanowienie nad własną interpretacją, co to drażni. Sceny akcji w obu serialach są bardzo podobne i choć w wielu momentach w Detektywie Amsterdamie napięcie oparte jest w większym stopniu na emocjach bohaterów, a w Forever na samej akcji, to zaryzykuję stwierdzenie, że w obu przypadkach intrygi są dość podobne. W Forever finał prezentuje się jednak dużo bardziej sensacyjnie i wzbudza więcej emocji.

Jeśli miałby zdecydować wyłącznie na podstawie zakończenia pierwszej serii, który z seriali pozostawił mnie z większym niedosytem, to chyba jednak wybrałabym Forever. Co czyni go zwycięzcą dzisiejszego starcia.



Dlaczego Forever skasowano, skoro jednak jest lepszy od Amsterdama?

Na koniec refleksja, na którą próbowałam Was przygotować już na początku mego przydługiego wywodu. Paradoksalnie sądzę, że to nie przez podobieństwo do Amsterdama Forever straciło swoją szansę na długie goszczenie na naszych ekranach. Owszem twórcy Forever "zerżnęli" pomysł stacji Fox, ale dopracowali główne błędy tamtych scenarzystów. Wprowadzili ciekawy wątek antagonisty, odcięli motyw mdławego romansu i dołożyli więcej niewiadomych do tematu nieśmiertelności. Niestety w innych kwestiach przedobrzyli lub przegięli i tak dostaliśmy sporo elementów nie pasujących do logiki nakreślonego bardzo realistycznie świata. Kwiatki, takie jak cała sprawa klątwy, czy odradzania się w wodzie zdawały się zwyczajnie dziwne. Podobnie jak przerysowany główny bohater działały karykaturalnie na całą fabułę. Zabrakło też oryginalności w rysowaniu postaci pobocznych i konsekwencji w tym, czym właściwie ten serial chce być - nowym Sherlockiem Holmesem? kolejnym Bones? czy może odświeżonym Amsterdamem? Za dużo w Forever tego, co już widzieliśmy u innych.

Podobno nadal jest nadzieja, że jakaś inna stacja odkupi prawa do Forever. Sama nie wiem czy trzymać za to kciuki. Na miejscu scenarzystów na razie, na jakiś czas odłożyłabym temat nieśmiertelnych mężczyzn rozwiązujących kryminalne zagadki. To było modne w 2008, teraz na tapecie jest dużo ciekawszych tematów.


Jeśli chcecie się na ten temat pokłócić zapraszam do komentarzy lub na grupę Serialomaniaków, która zainspirowała mnie do tego tematu i w której ostatnio Forever był dość często na tapecie. 

piątek, 8 maja 2015



Sezon The Last Man On Earth zakończony. Czy warto go oglądać? Powiem szczerze - sama nie wiem! Bo produkcja ta jest mocno nierówna i choć z początku dawała mi wiele frajdy, to pod koniec oglądałam ją już wyłącznie z przyzwyczajenia. Dlaczego tak jest? O tym pokrótce w tej notce (mam nadzieję, że nie nastawię Was jakoś wybitnie negatywnie, bo w sumie, to jedynie moje subiektywne odczucia). 


Zaczynimy od tego, że pierwszy odcinek napawał mnie optymizmem co do tej serii. Był radosny, wesoły, pełen śmiesznych gagów, ale zarazem podszyty smutkiem i tragedią. Sprawił, że bawiłam się naprawdę świetnie, ale nie była to pusta i głupia rozrywka - w końcu doprowadziła mnie do refleksji nad światem i ludźmi. Odcinek spełnił w 100% swoja rolę komediową (polecam więc go obejrzeć, nawet w odizolowaniu od reszty epizodów), ale nie zostawił mnie bez przemyśleń. Jednocześnie nie czułam się nimi przytłoczona i chciałam oglądać dalej. Błędnie sądziłam, że dobrze będzie do końca... 

Z początku kreatywność scenarzystów bardzo mnie urzekała. Pomysły na zachowanie ostatniego człowieka na świecie były rewelacyjne. Zobaczyłam mnóstwo po prostu ludzkich  zachowań i rzeczy, które być może sama też bym zrobiła, będąc tą ostatnią. Później było niestety znacznie gorzej... I to za sprawą głównego bohatera, do którego przywiązałam się w pierwszych odcinkach i który wydawał mi się typowym "everymanem" - kimś kto mógłby uosabiać Ciebie, mnie, mojego wujka i Twojego Sąsiada, a nawet tę creepy osobę, która spojrzała na ciebie dziwnie w autobusie.

Jakże się pomyliłam... Phil Miller okazał się bowiem bucem jakich mało, człowiekiem ciągle grającym kogoś kim nie jest i totalnym egoistą. Być może, że gdybym była facetem, to łatwiej byłoby mi się z nim identyfikować, ale w tej chwili naprawdę trudno mi jest pojąć jego zachowanie. Z początku jego wyskoki i dziwactwa brałam za wynik osamotnienia (zresztą sam serial to sugerował). Wiadomo, każdy by zdziczał i zwariował na odludziu. Po połowie odcinków zmieniłam zdanie - po prostu Fox dało nam okropnie antypatycznego bohatera, a raczej próbowało zrobić wszystko, by go na takiego wykreować. 



Na domiar złego, przemiana w Philu i jego zachowaniu dokonała się dosłownie od tak - bo zobaczył on ładną kobietę. Serio stary? Więc chodzi tylko o to, by (przepraszam za dosadność) wyobracać jak najładniejszą babkę? Tylko to się w życiu liczy  dla mężczyzny i warto podporządkowywać pod to cały swój świat? 

Sami to pewnie zauważycie - kiedy Phil się ogoli, stanie się jakby innym facetem. Zniknie gdzieś cała Wasza frajda z obcowania z nim i jego głupawymi pomysłami, zwyczajnym ludzkim lenistwem i dziwactwem. Zacznie się temat "jak zarwać babkę" i właściwie... cały serial stanie się temu podporządkowany.

I to jest mój główny zarzut (mimo, że sezon kończy się bardzo w porządku i wychodzi na prostą), to po prostu lepiej mi się oglądało samotnego Phila - typowego człowieka, niż rozterki przedmieścia i narastające międzyludzkie dramaty, które mi zaserwowano prze resztę sezonu. Nudził mnie ten mały wyścig pod tytułem"kto dopadnie tę ładniejszą" i zawiodło mnie, że serial poszedł w tę stronę.

Gdzieś się zgubiła też dramatyczność i uroczość jaka była w tym na początku, Od czasu do czasu przypominano ją nam scenami z piłkami, ale po tak udanym początku jedna scena nie czyni serialu lepszym. Kontrast między wstępnymi epizodami a całym środkiem fabuły jest dość duży. I nie zrozumcie mnie źle - to wciąż zabawny serial, pełen głupich pomyłek, niezręcznych ludzkich zachowań i prób egzystowania w nowym, opustoszałym świecie. Tyle, że skupia się nie na tym dramacie, co trzeba. Po prost przeradza się w kolejny serial o niezręcznym facecie, który nie umie się sensownie dobrać do kobiety i przez to cały jego świat legnie w gruzach.



Usilnie staram się Wam niczego nie zaspoilerować, więc chyba się streszczę. Po serii niezręczności w przedostatnich epizodach, finał jest w sumie całkiem znośnym (żeby nie powiedzieć dobrym) zakończeniem. Mamy trochę dramatu jednostki, mamy dziwny obrót sprawy, mamy ciekawy wstęp do nowej serii (która, nawiasem mówiąc, została już potwierdzona) i  zabawny gag na koniec, który to w sumie pozostawia nutę niepokoju i skłania do refleksji.

Decyzja o obejrzeniu tego serialu oczywiście należy do Was. Czujecie się przekonani, czy wręcz przeciwnie, wolicie nie mieć z nim do czynienia?







poniedziałek, 4 maja 2015



Praktycznie wychowałam się na Czarodziejce z Księżyca. Towarzyszyła mi przez większość mojego dzieciństwa i spoglądam na serial z 1992 roku z wielkim sentymentem. Wyobraźcie sobie jak moje nostalgiczne ja ucieszyło się z rebootu i nowej, jak ją reklamowano - lepszej (i bardziej wiernej mandze) wersji znanych przygód Czarodziejek. Niestety moja miłość do Sailor Moon została wystawiona na ciężką próbę, bo Sailor Moon Crystal to, jak do tej pory, wielka klapa.

Pierwsze zapowiedzi i zdjęcia kadrów wydawały się obiecujące. Bardziej szczegółowa kreska i "poważne" podejście do materiału źródłowego miało być alternatywą dla mocno już postarzałej pierwszej serii Sailor Moon. Niestety już pierwszy odcinek nowego anime okazał się zrobiony po prostu źle, nowa bardziej, zbliżona do mangowej, kreska była pełna niedociągnięć, a muzyka i scenariusz pozostawiały wiele do życzenia. 

Po obejrzeniu 21 odcinków Sailor Moon Crystal mogę z ręką na sercu powiedzieć - to nie jest dobry reboot serii o Czarodziejkach. To nawet samo w sobie nie jest dobrym serialem.


Leniwe rysowanie postaci

Jak już mówiłam pierwsze kadry z serialu wydawały się obiecujące. Dopracowane twarze, szczegółowe stroje, lepiej zrobiona mimika. Niestety po obejrzeniu kilku pierwszych epizodów miałam o tym już zupełnie inne zdanie. Dlaczego? A no większość postaci zatraciła swój wiek. Matka Usagi przestała wyglądać jak jej matka, a zaczęła prezentować się raczej jak siostra. Królowa Beryl też nagle przerodziła się w nastolatkę. 

Na dodatek im dłużej oglądałam tę serię, tym bardziej widziałam takie niedociągnięcia jak zmaganie się z proporcjonalnością postaci, która zmieniała się co i raz. Sylwetki raz były chudsze, raz grubsze. 


Dobijał mnie Mamoru, któremu w dziwnych miejscach zginały się nogi (kolana zdają się ciągle zmieniać miejsce - serio, przyjrzyjcie się wszelkim scenom siadania). Na dodatek jego twarz ciągle miała inny kształt, jakby rysownicy nie potrafili się zdecydować na to, co właściwie rysują. Pod tym względem klasyczna Sailor Moon z 1992 roku była chociaż konsekwentna. 

 



Dostaliśmy też całą masę zezów i niedorobionych grymasów. Nie przeszkadzałoby mi to pewnie tak strasznie, gdyby nie fakt, że nowe anime promowało się jako te lepsze, poważniejsze i bardziej dopracowane niż wcześniejsza wersja.

Interakcje fizyczne między postaciami też w wielu odcinkach leżały i kwiczały.  Przytulenia i pocałunki wyglądały dziwnie niezręcznie. Ataki też wypadały różnie. Zwykle nie były tą samą animacją pokazywaną w kółko (co byłoby dużym plusem), ale wiecie co? Tęsknie za tym elementem w Sailor Moon. Kiedy patrzę na Taxido i jego "La Smoking Bomber" śmiać mi się chce. Za każdym razem animacja tego ataku jest coraz mniej dopracowana, a kończyny postaci bardziej drętwe i patyczaste. Zupełnie tak, jakby ktoś pomyślał sobie: "hej, nikomu się przecież nie będzie chciało patrzeć na wygibasy faceta". Fakt, nie chce mi się na to patrzeć, bo z odcinka na odcinek wygląda to coraz bardziej żałośnie.

Jak już mowa o lenistwie, to może Wy mi wytłumaczycie - co toto jest? 



Czy tak trudno było narysować w tych kilku screenach twarze postaci? Przecież one się nawet nie poruszają! To nie byłby żaden wielki wysiłek, szczególnie, że tła i stroje nie są wcale uproszczone. Widzimy każdy kosmyk włosów Usagi. Komuś chciało się rysować marszczenia jej sukienki i detale na kwiatach, ale narysowanie twarzy go przerosło? Uczynienie postaci czarnymi plamami zepsuło cały efekt tych uroczych i pastelowych screencapsów, które stały się zwyczajnie niechlujne i brzydkie.

Te okropne CGI...

Chodzi mi tu przede wszystkim o sceny transformacji. W innych momentach nawet nieźle udało się zamaskować przejścia między animacją komputerową, a typową kreską anime. Najgorzej prezentuje się oczywiście scena przemiany Usagi, która jest tak żałośnie brzydka i odstająca od czegokolwiek, że aż oczy bolą. Inne czarodziejki jeszcze jakoś dają radę. W scenie zmiany Rei w Sailor Mars lub Amy w Sailor Mercury przynajmniej jest co animować i czemu nadawać efekt 3D. Choć ładny wygląd płomieni i kropelek wody nadal ma się trochę jak pięść do nosa w połączeniu z kreską anime.



Dzięki Bogu ktoś się postarał byśmy w późniejszych odcinkach Sailor Moon Crystal jak najrzadziej widzieli ten syf. Co nie zmienia faktu, że i tak robi się niedobrze, gdy ni z gruchy, ni z pietruchy dostajemy tym po oczach.


 
(Kto u licha zdecydował, że to... jest lepsze niż to?)


Muzyka ni przypiął, ni wypiął

Mój kolejny zarzut, odnosi się do muzyki, która zamiast budować napięcie scen, często je ośmiesza. Przypominają mi się chóry kościelne w pierwszym odcinku i powiewająca peleryna Taxido. Ten patos... Nie, żeby w produkcji tego typu patos był całkowicie zbędny, ale nie musimy go dostawać za każdym razem, gdy zjawia się gość w smokingu lub czarodziejka rzuca w potwora tiarą.

Niestety brakuje mi starej, dobrej oprawy muzycznej Sailor Moon. Do tej pory mam w telefonie melodie z soundtracku, grane na skrzypcach przez Vanessę Mae. La La La Song budzi mnie rano od kilku lat. 


Te melodie były godne zapamiętania, pełne dramatyzmu i uroku. Nie były plastikowymi utworkami na odwal i do tej pory słucha się ich z wielką przyjemnością. Nie wiem jak Was, ale mnie Moon Pride zupełnie nie porusza i nie nastraja klimatycznie przed nowym odcinkiem. A chóralne śpiewy w scenach rzucania tiarą, czy przemiany są bardziej komiczne i denerwujące, niż nadające klimatu. Nie ma w tym tej dawnej radości i zabawy. 


Zbyt dosłowna adaptacja i... nuda

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że seria Crystal będzie wierniejsza mandze Naoko Takeuchi nawet się ucieszyłam. Dla mnie oznaczało to mniej odcinków zapychaczy, spójniejszą historię i mniej proceduralną strukturę. Otóż dla twórców Sailor Moon Crystal oznaczało to niestety więcej przestojów w fabule, drętwych rozmów (dialogi nigdy nie były mocną stroną tej mangi...) i odcinków, gdzie nie dzieje się praktycznie nic, bo toczy się dyskusja w podziemnej bazie Luny i Artemisa, albo Usagi cały dzień płacze w poduszkę.

Coś chyba  poszło  nie tak. Ja już wolałam toporne sceny komediowe w Sailor Moon z 1992 roku. One przynajmniej zapełniały czas pomiędzy jedną epicką walką o miłość i sprawiedliwość, a drugą. W serii Crystal albo się nudzę, albo znów nie mogę złapać oddechu bo tyle dzieje się na raz. Poszło to zdecydowanie w nieodpowiednią stronę.

A wy? Jakie macie zarzuty względem rebootu Czarodziejki z Księżyca? Może chcielibyście ją obronić? Podzielcie się swoim zdaniem, chętnie podyskutuję na ten temat szerzej.





Popularne Posty

Obsługiwane przez usługę Blogger.