psychopaci, popkultura i ciastka

GARŚĆ OPINII O AVENGERS: AGE OF ULTRON

"ALIVE IN TUCSON" - O SERIALU THE LAST MAN ON EARTH

DETEKTYW AMSTERDAM VS. FOREVER

"GODZINA NIC" - DOKTOROWE OPOWIADANIE GAIMANA

piątek, 8 maja 2015



Sezon The Last Man On Earth zakończony. Czy warto go oglądać? Powiem szczerze - sama nie wiem! Bo produkcja ta jest mocno nierówna i choć z początku dawała mi wiele frajdy, to pod koniec oglądałam ją już wyłącznie z przyzwyczajenia. Dlaczego tak jest? O tym pokrótce w tej notce (mam nadzieję, że nie nastawię Was jakoś wybitnie negatywnie, bo w sumie, to jedynie moje subiektywne odczucia). 


Zaczynimy od tego, że pierwszy odcinek napawał mnie optymizmem co do tej serii. Był radosny, wesoły, pełen śmiesznych gagów, ale zarazem podszyty smutkiem i tragedią. Sprawił, że bawiłam się naprawdę świetnie, ale nie była to pusta i głupia rozrywka - w końcu doprowadziła mnie do refleksji nad światem i ludźmi. Odcinek spełnił w 100% swoja rolę komediową (polecam więc go obejrzeć, nawet w odizolowaniu od reszty epizodów), ale nie zostawił mnie bez przemyśleń. Jednocześnie nie czułam się nimi przytłoczona i chciałam oglądać dalej. Błędnie sądziłam, że dobrze będzie do końca... 

Z początku kreatywność scenarzystów bardzo mnie urzekała. Pomysły na zachowanie ostatniego człowieka na świecie były rewelacyjne. Zobaczyłam mnóstwo po prostu ludzkich  zachowań i rzeczy, które być może sama też bym zrobiła, będąc tą ostatnią. Później było niestety znacznie gorzej... I to za sprawą głównego bohatera, do którego przywiązałam się w pierwszych odcinkach i który wydawał mi się typowym "everymanem" - kimś kto mógłby uosabiać Ciebie, mnie, mojego wujka i Twojego Sąsiada, a nawet tę creepy osobę, która spojrzała na ciebie dziwnie w autobusie.

Jakże się pomyliłam... Phil Miller okazał się bowiem bucem jakich mało, człowiekiem ciągle grającym kogoś kim nie jest i totalnym egoistą. Być może, że gdybym była facetem, to łatwiej byłoby mi się z nim identyfikować, ale w tej chwili naprawdę trudno mi jest pojąć jego zachowanie. Z początku jego wyskoki i dziwactwa brałam za wynik osamotnienia (zresztą sam serial to sugerował). Wiadomo, każdy by zdziczał i zwariował na odludziu. Po połowie odcinków zmieniłam zdanie - po prostu Fox dało nam okropnie antypatycznego bohatera, a raczej próbowało zrobić wszystko, by go na takiego wykreować. 



Na domiar złego, przemiana w Philu i jego zachowaniu dokonała się dosłownie od tak - bo zobaczył on ładną kobietę. Serio stary? Więc chodzi tylko o to, by (przepraszam za dosadność) wyobracać jak najładniejszą babkę? Tylko to się w życiu liczy  dla mężczyzny i warto podporządkowywać pod to cały swój świat? 

Sami to pewnie zauważycie - kiedy Phil się ogoli, stanie się jakby innym facetem. Zniknie gdzieś cała Wasza frajda z obcowania z nim i jego głupawymi pomysłami, zwyczajnym ludzkim lenistwem i dziwactwem. Zacznie się temat "jak zarwać babkę" i właściwie... cały serial stanie się temu podporządkowany.

I to jest mój główny zarzut (mimo, że sezon kończy się bardzo w porządku i wychodzi na prostą), to po prostu lepiej mi się oglądało samotnego Phila - typowego człowieka, niż rozterki przedmieścia i narastające międzyludzkie dramaty, które mi zaserwowano prze resztę sezonu. Nudził mnie ten mały wyścig pod tytułem"kto dopadnie tę ładniejszą" i zawiodło mnie, że serial poszedł w tę stronę.

Gdzieś się zgubiła też dramatyczność i uroczość jaka była w tym na początku, Od czasu do czasu przypominano ją nam scenami z piłkami, ale po tak udanym początku jedna scena nie czyni serialu lepszym. Kontrast między wstępnymi epizodami a całym środkiem fabuły jest dość duży. I nie zrozumcie mnie źle - to wciąż zabawny serial, pełen głupich pomyłek, niezręcznych ludzkich zachowań i prób egzystowania w nowym, opustoszałym świecie. Tyle, że skupia się nie na tym dramacie, co trzeba. Po prost przeradza się w kolejny serial o niezręcznym facecie, który nie umie się sensownie dobrać do kobiety i przez to cały jego świat legnie w gruzach.



Usilnie staram się Wam niczego nie zaspoilerować, więc chyba się streszczę. Po serii niezręczności w przedostatnich epizodach, finał jest w sumie całkiem znośnym (żeby nie powiedzieć dobrym) zakończeniem. Mamy trochę dramatu jednostki, mamy dziwny obrót sprawy, mamy ciekawy wstęp do nowej serii (która, nawiasem mówiąc, została już potwierdzona) i  zabawny gag na koniec, który to w sumie pozostawia nutę niepokoju i skłania do refleksji.

Decyzja o obejrzeniu tego serialu oczywiście należy do Was. Czujecie się przekonani, czy wręcz przeciwnie, wolicie nie mieć z nim do czynienia?







środa, 6 maja 2015




Z początku w planach miałam jedynie notkę podsumowującą cały zbiór "Drażliwych tematów" N. Geimana, ale po przeczytaniu "Godziny Nic", stwierdziłam, że w pełni zasługuje ona na własną, oddzielną mini-recenzję. Jest to bowiem historia jak najbardziej przyjemna, która nie zawiedzie nie tylko fanów Doktora, ale także miłośników fantastyki wszelakiej. Jest w naprawdę sporo nawiązań, ale o nich nieco później... Zacznę od zapewnienia, że nie ma tu żadnych ważnych dla akcji spoilerów. Nie chcę opowiedzieć Wam w końcu całej fabuły, a jedynie zachęcić Was do sięgnięcia po gaimanowski zbiór "krótkich form i punktów zapalnych".

"Godzina Nic" zaczyna się dość enigmatycznie. Opowieść toczy się wokół Jedenastego Doktora i Amy oraz roku pańskiego 1984, w którym częściowo dzieje się ich przygoda. Dla Pond i jej przyjaciela w tweedowej marynarce jest jeszcze "dość wcześnie" - od niedawna podróżują razem i dopiero się docierają. Podczas powrotu z jednej z kosmicznych podróży w TARDIS wplątują się tarapaty, a właściwie, to zastają wszystkich ziemian dość mocno w nie wplątanych.

I tu nie powiem więcej, poza tym, że koncept tych tarapatów i wrogich ziemi istot jest imponujący. Bardzo chętnie zobaczyłabym je w pełnoprawnym odcinku i myślę, że dobrze pokazane, upiornością mógłby osiągnąć level: Weeping Angel, lub co najmniej Silence.

Szczerze mówiąc, to naprawdę się cieszę, że nie muszę wam tu wyjaśniać działania owych potworów, bo szczerze mówiąc, nieźle bym się zamotała. Sam Gaiman jednak robi to świetnie, stopniowo pokazując nam do czego wrogowie Doktora i Ziemian są zdolni i jakiego rodzaju "istotami" są.

Jak sama nazwa opowiadania wskazuje, skupia się ono bardzo mocno na czasie i jego pojęciu. Nie brakuje tu jednak tajemniczych szeptów, zwrotu akcji, wykraczania poza granice i możliwości TARDIS. Dostajemy też bardzo wiele smaczków - wspomnienia Amy o Mels, samozwańczą "agencję detektywistyczno-pomocniczą", roztrzepane dedukcje Doktora (które mają więcej sensu,, niż by się mogło zdawać), trochę o samych Władcach Czasu i ich bajkach dla dzieci oraz uroczą i nieco wścibską ludzką dziewczynkę, która pomoże Doktorowi w podjęciu pewnej decyzji.



Mamy też garść drobnych skojarzeń, że aż miło. Sprytny czytelnik wychwyci (w prawdzie dość odległe)  nawiązania do "Autostopem przez Galaktykę", "Donny'ego Darko", a nawet "Czerwonego Kapturka". Moja znajoma widziała w opowiadaniu też coś z "Alicji w Krainie Czarów" i nawiązanie do... "Biblii" i w sumie mogę się z nią zgodzić, bo każdy w tym tekście znajdzie coś dla siebie.

Gaiman nie czerpie motywów dosłownie, ale bardzo ładnie nawiązuje do wielu znanych nam z literatury, kultury i dzieciństwa momentów. W sumie to opowiadanie w kilku momentach przywodziło mi na myśl swoją strukturą odcinek "Żona Doktora". Było co najmniej tak samo magiczne.

A TERAZ SPYTAJCIE MNIE, KTÓRA GODZINA! 
A ja wam odpowiem: To godzina, w której sami idziecie czytać to opowiadanie.





Ile filmów (a właściwie ich scenarzystów), tyle różnych podejść do krwi. Jedni chcą szokować, inni malują przed nami artystyczne wizje. W horrorach Hammera krew jest wręcz jaskrawa, rzuca się w oczy i "świeci" na tle mrocznej scenografii. U Tarantino tryska na wszystkie strony, jak z fontanny - jest przerysowana, ale efektowna i co najważniejsze doskonale odzwierciedla dynamikę i dramaturgię jego filmów. W slasherach natomiast ma nas brzydzić i oddawać chore okrucieństwo psychopatów.

Od dziecka uwielbiam krwawe, ale dobrze pomyślane sceny. Niekoniecznie takie, gdzie krwawa posoka leje się litrami i tryska wszędzie bez umiaru i bez celu (zbyt często wychodzą karykaturalnie i tylko ośmieszają cały film). Dziś zamierzam podzielić się z Wami moją subiektywną listą scen z krwią w roli głównej. Być może z wieloma typami się nie zgodzicie, lub zdziwi Was nieobecność niektórych klasyków, takich jak końcowa scena z "Carry", czy prysznicowa scena z "Psychozy". Powiem tak - liczba miejsc była ograniczona. Niestety musiałam wybierać.

10. "Już ja cię położę!" (z Wywiadu z Wampirem)

Wywiad z Wampirem oglądałam w dość młodym wieku. Dziś, gdy analizuję ten moment filmu, również go doceniam. Nie tylko ze względu na to, że jest interesującym fragmentem w fabule i w ciekawy sposób przerywa "sielankowe" życie trójki wampirów. Przede wszystkim doceniam wykonanie owej sceny. Początkowa uroczość i lekkość momentu jest ładnie skontrastowana ze wzmagającym się gniewem. Muzyka dramatycznie przyspiesza bicie serca widza, a kałuża krwi płynąca po dywanie i drobne stópki odsuwającej się przed nią Claudii, która nagle znów zachowuje się jak małe dziecko (mimo, że przed chwilą z uśmiechem na ustach popełniała zbrodnię), sprawiają, że jest to jedna z lepiej zapamiętanych przeze mnie scen z podrzynaniem gardła. A przecież widziałam ich już tak wiele...


9. Tak bardzo krwawy i rzeczywisty koszmar (z Koszmaru z ulicy Wiązów)

Śmierć Tiny pewnie by mnie nie obeszła, gdyby cała była w konwencji ucieczki, ale nastał  ten wspaniały moment na łóżku. Istne krwawe opętanie. Wrzaski i nawoływania. Prześcieradło całe w szkarłacie... Nic bym do tego nie dodała i nic bym nie odjęła. Tina jako pierwsza ofiara demona ze snów jest całkowicie wiarygodna. 

W ogóle pierwszy Koszmar z ulicy Wiązów wydaje mi się dużo bardziej kreatywny w budowaniu napięcia krwawych scen niż wersja z 2010. Bardzo ładnie się zestarzał, a jego efekty pozostały mi w pamięci, mimo iż oglądałam go ostatni raz dobre kilka lat temu.


8. Na kawałki i w kostkę (z Cube)

Pierwszy "Cube" był thrillerem rewolucyjnym w swej prostocie. Od początku do końca trzymał w napięciu, mimo dość prostego założenia fabularnego i pozostawiał po sobie to przyjemne uczucie niepokoju, które miewam po każdym dobrym filmie grozy. Mnie kupił od razu sceną otwierającą - cichą i niepokojącą, z tylko jednym bohaterem, po którym nawet za specjalnie nie widać było paniki. Mimo to, od początku czuć było, że zaraz coś się wydarzy i człowiek czekał w napięciu co też scenarzysta wymyślił.

Cisza i małe pokoje w różnych kolorach i nagle trach. Kilka sekund w których wydaje się, że w sumie nic się jeszcze nie stało, a potem... krew.

7. Z wdziękiem wirtuoza (z Milczenia Owiec)

Scena kultowa, bo i sama postać Hannibala Lectera na stałe wpisała się do popkultury i co raz zaznacza swoją obecność. Samej krwi nie jest tu znowu aż tak wiele i według mnie oszczędność się opłaca, ba, jest nawet dość symboliczna. Podkreśla okrucieństwo, ale nie ośmiesza całej sceny, nie sprawia, że staje się nienaturalna i przerysowana, jak to w niektórych scenach mordu bywa. A łatwo tu było przedobrzyć, bo mieliśmy już muzykę klasyczną dla kontrastu. Wszystkiego jest jednak w sam raz, a końcówka w rytmach wariacji Bacha jest nie do zapomnienia. 


6. Pif paf sukinsyny (z Django)

Scena strzelaniny z Django ujęła mnie za serce. Fontanny krwi, rozbryzgi na ścianach, cała ta krwawa przesada z przekleństwami i jękami w tle oraz szelmowską muzyką wchodzącą w trakcie sprawiły, że film był dla mnie jeszcze większą rozrywką. Przerysowanie doprowadziło do tego, że krwawa masakra wydawała mi się odnaturalniona i jakaś taka bajkowa, co pasowało wspaniale do konwencji filmu i jego dynamiki. Połączenie kolorów w sepii i jasnej czerwieni oraz efekty dźwiękowe takie, jak plusk krwi przypomniały mi kreskówki o dzikim zachodzie i podbiły moje serce. 


5. Uwaga! Leci! (z American Psycho)

Doskonała scena - od pierwszych plam na pościeli, po spadającą piłę. Sterylne, jasne pomieszczenia, nie przeszkadzająca akcji muzyka i echo pustych pokoi plus jasna, czerwona krew na martwych (i żywych) ciałach. Wszystko doskonale skomponowane, łącznie z ostatnim momentem, gdy w ciszy, pozostawieni sobie patrzymy jak z bohaterki uchodzi życie. 

 

4. Przyjaciel w kawałkach (z Człowieka z Blizną)


Jak już mówimy o piłach, to nie mogło tu zabraknąć tej sceny. Wiem, że wielu z Was zdziwi mój wybór. Część zapyta: czemu nie cholerne "Say hallo to my little friend"? A no temu, że tamta scena jest praktycznie sucha i krwi w niej jest tyle co kot napłakał. Owszem spadające ciało Tonny'ego barwi nam basen na czerwono, a sama strzelanina jest iście epicka, jednak to scenę cięcia piłą pod prysznicem zapamiętałam z tego filmu dużo bardziej. Była "przyjemnie" okrutna i krwawa, pełna niemego strachu i obrzydzenia, które przez kilka kolejnych nocy prześladowało mnie w snach i nie dawało o sobie zapomnieć.

Wybaczcie skojarzenie, ale naszła mnie mała dygresja. Jak to jest, że tak dużo kultowych krwawych scen dzieje się w łazienkach? Czyżby z powodu białych kafelków i tych plastikowych, prześwitujących zasłon? A może to  Psychoza Hitchcocka wyznaczyła ten trend?


3. Morze krwi (z Lśnienia)

Fanką Lśnienia w reżyserii Cubrika nie jestem. Oglądałam je po raz pierwszy już jako dorosła osoba i mnie nie porwało. Owszem, miało swoje momenty, ale (tak, tu nadchodzi niepopularna opinia) było potwornie nudne, a niektóre elementy wydawały mi się wręcz komiczne. Jest tylko jeden fragment filmu, do którego lubię wracać i nie, nie jest to scena gonitwy z siekierą, to moment z krwią wylewającą się z windy. Prawdziwie artystyczna fala krwi porywająca meble, ukraszona oszczędną muzyką. Tak, to zostało w moim sercu.
.


2. Kończyny! Kończyny wszędzie! (z Martwicy Mózgu)


Może nie wiecie, ale scena mordu zombiech za pomocą kosiarki przeszła do historii jako ta, gdzie zużyto najwięcej sztucznej krwi. Po obejrzeniu tej "radosnej" masakry muszę przyznać, że TO WIDAĆ. Cały film obejrzałam tylko dlatego, że polecono mi tę scenę i nie żałuję, bo bawiłam się przednio. Martwica mózgu świetnie bawi się efektami specjalnymi i konwencją. Jak na dość starą już produkcję (a do tego horrorową komedię) spisuje się znacznie lepiej od wielu swoich następców. 

Jako ciekawostkę powiem Wam, że w wielu kinach do seansu dołączano torebki na wymioty. Jak sadzicie - słusznie? 


1. Animowana krew (z Kill Billa)

Powiem tak, nie byłabym sobą, gdybym nie dała Tarantino pierwszego miejsca i choć pewnie niewielu z Was spodziewało się w tym zestawieniu animacji (a na pewno nie tak wysoko), to postanowiłam zaryzykować. Szczerze mówiąc, nie mam wiele na swoją obronę. Po prostu kocham ten fragment za piękną kreskę, cudowną muzykę, która idealnie pasuje do całości i tą charakterystyczną tarantinowską przesadę. W animowanym rozdziale Kill Billa widzę też masę zwyczajnie estetycznie pięknych konceptów.  I jeśli Was nie ujmuje tryskająca rysunkowa krew, łóżko przeciekające szkarłatem i nogi odrywane za pomocą jednego strzału, to się zwyczajnie nie znacie. 




poniedziałek, 4 maja 2015



Praktycznie wychowałam się na Czarodziejce z Księżyca. Towarzyszyła mi przez większość mojego dzieciństwa i spoglądam na serial z 1992 roku z wielkim sentymentem. Wyobraźcie sobie jak moje nostalgiczne ja ucieszyło się z rebootu i nowej, jak ją reklamowano - lepszej (i bardziej wiernej mandze) wersji znanych przygód Czarodziejek. Niestety moja miłość do Sailor Moon została wystawiona na ciężką próbę, bo Sailor Moon Crystal to, jak do tej pory, wielka klapa.

Pierwsze zapowiedzi i zdjęcia kadrów wydawały się obiecujące. Bardziej szczegółowa kreska i "poważne" podejście do materiału źródłowego miało być alternatywą dla mocno już postarzałej pierwszej serii Sailor Moon. Niestety już pierwszy odcinek nowego anime okazał się zrobiony po prostu źle, nowa bardziej, zbliżona do mangowej, kreska była pełna niedociągnięć, a muzyka i scenariusz pozostawiały wiele do życzenia. 

Po obejrzeniu 21 odcinków Sailor Moon Crystal mogę z ręką na sercu powiedzieć - to nie jest dobry reboot serii o Czarodziejkach. To nawet samo w sobie nie jest dobrym serialem.


Leniwe rysowanie postaci

Jak już mówiłam pierwsze kadry z serialu wydawały się obiecujące. Dopracowane twarze, szczegółowe stroje, lepiej zrobiona mimika. Niestety po obejrzeniu kilku pierwszych epizodów miałam o tym już zupełnie inne zdanie. Dlaczego? A no większość postaci zatraciła swój wiek. Matka Usagi przestała wyglądać jak jej matka, a zaczęła prezentować się raczej jak siostra. Królowa Beryl też nagle przerodziła się w nastolatkę. 

Na dodatek im dłużej oglądałam tę serię, tym bardziej widziałam takie niedociągnięcia jak zmaganie się z proporcjonalnością postaci, która zmieniała się co i raz. Sylwetki raz były chudsze, raz grubsze. 


Dobijał mnie Mamoru, któremu w dziwnych miejscach zginały się nogi (kolana zdają się ciągle zmieniać miejsce - serio, przyjrzyjcie się wszelkim scenom siadania). Na dodatek jego twarz ciągle miała inny kształt, jakby rysownicy nie potrafili się zdecydować na to, co właściwie rysują. Pod tym względem klasyczna Sailor Moon z 1992 roku była chociaż konsekwentna. 

 



Dostaliśmy też całą masę zezów i niedorobionych grymasów. Nie przeszkadzałoby mi to pewnie tak strasznie, gdyby nie fakt, że nowe anime promowało się jako te lepsze, poważniejsze i bardziej dopracowane niż wcześniejsza wersja.

Interakcje fizyczne między postaciami też w wielu odcinkach leżały i kwiczały.  Przytulenia i pocałunki wyglądały dziwnie niezręcznie. Ataki też wypadały różnie. Zwykle nie były tą samą animacją pokazywaną w kółko (co byłoby dużym plusem), ale wiecie co? Tęsknie za tym elementem w Sailor Moon. Kiedy patrzę na Taxido i jego "La Smoking Bomber" śmiać mi się chce. Za każdym razem animacja tego ataku jest coraz mniej dopracowana, a kończyny postaci bardziej drętwe i patyczaste. Zupełnie tak, jakby ktoś pomyślał sobie: "hej, nikomu się przecież nie będzie chciało patrzeć na wygibasy faceta". Fakt, nie chce mi się na to patrzeć, bo z odcinka na odcinek wygląda to coraz bardziej żałośnie.

Jak już mowa o lenistwie, to może Wy mi wytłumaczycie - co toto jest? 



Czy tak trudno było narysować w tych kilku screenach twarze postaci? Przecież one się nawet nie poruszają! To nie byłby żaden wielki wysiłek, szczególnie, że tła i stroje nie są wcale uproszczone. Widzimy każdy kosmyk włosów Usagi. Komuś chciało się rysować marszczenia jej sukienki i detale na kwiatach, ale narysowanie twarzy go przerosło? Uczynienie postaci czarnymi plamami zepsuło cały efekt tych uroczych i pastelowych screencapsów, które stały się zwyczajnie niechlujne i brzydkie.

Te okropne CGI...

Chodzi mi tu przede wszystkim o sceny transformacji. W innych momentach nawet nieźle udało się zamaskować przejścia między animacją komputerową, a typową kreską anime. Najgorzej prezentuje się oczywiście scena przemiany Usagi, która jest tak żałośnie brzydka i odstająca od czegokolwiek, że aż oczy bolą. Inne czarodziejki jeszcze jakoś dają radę. W scenie zmiany Rei w Sailor Mars lub Amy w Sailor Mercury przynajmniej jest co animować i czemu nadawać efekt 3D. Choć ładny wygląd płomieni i kropelek wody nadal ma się trochę jak pięść do nosa w połączeniu z kreską anime.



Dzięki Bogu ktoś się postarał byśmy w późniejszych odcinkach Sailor Moon Crystal jak najrzadziej widzieli ten syf. Co nie zmienia faktu, że i tak robi się niedobrze, gdy ni z gruchy, ni z pietruchy dostajemy tym po oczach.


 
(Kto u licha zdecydował, że to... jest lepsze niż to?)


Muzyka ni przypiął, ni wypiął

Mój kolejny zarzut, odnosi się do muzyki, która zamiast budować napięcie scen, często je ośmiesza. Przypominają mi się chóry kościelne w pierwszym odcinku i powiewająca peleryna Taxido. Ten patos... Nie, żeby w produkcji tego typu patos był całkowicie zbędny, ale nie musimy go dostawać za każdym razem, gdy zjawia się gość w smokingu lub czarodziejka rzuca w potwora tiarą.

Niestety brakuje mi starej, dobrej oprawy muzycznej Sailor Moon. Do tej pory mam w telefonie melodie z soundtracku, grane na skrzypcach przez Vanessę Mae. La La La Song budzi mnie rano od kilku lat. 


Te melodie były godne zapamiętania, pełne dramatyzmu i uroku. Nie były plastikowymi utworkami na odwal i do tej pory słucha się ich z wielką przyjemnością. Nie wiem jak Was, ale mnie Moon Pride zupełnie nie porusza i nie nastraja klimatycznie przed nowym odcinkiem. A chóralne śpiewy w scenach rzucania tiarą, czy przemiany są bardziej komiczne i denerwujące, niż nadające klimatu. Nie ma w tym tej dawnej radości i zabawy. 


Zbyt dosłowna adaptacja i... nuda

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że seria Crystal będzie wierniejsza mandze Naoko Takeuchi nawet się ucieszyłam. Dla mnie oznaczało to mniej odcinków zapychaczy, spójniejszą historię i mniej proceduralną strukturę. Otóż dla twórców Sailor Moon Crystal oznaczało to niestety więcej przestojów w fabule, drętwych rozmów (dialogi nigdy nie były mocną stroną tej mangi...) i odcinków, gdzie nie dzieje się praktycznie nic, bo toczy się dyskusja w podziemnej bazie Luny i Artemisa, albo Usagi cały dzień płacze w poduszkę.

Coś chyba  poszło  nie tak. Ja już wolałam toporne sceny komediowe w Sailor Moon z 1992 roku. One przynajmniej zapełniały czas pomiędzy jedną epicką walką o miłość i sprawiedliwość, a drugą. W serii Crystal albo się nudzę, albo znów nie mogę złapać oddechu bo tyle dzieje się na raz. Poszło to zdecydowanie w nieodpowiednią stronę.

A wy? Jakie macie zarzuty względem rebootu Czarodziejki z Księżyca? Może chcielibyście ją obronić? Podzielcie się swoim zdaniem, chętnie podyskutuję na ten temat szerzej.





Popularne Posty

Obsługiwane przez usługę Blogger.